Sezon letni nad polskim morzem to stały zestaw atrakcji: parawany, gofry, „paragony grozy” i ryba, która nie zawsze jest tą, którą zamawialiście. Przez lata turyści nieświadomie przepłacali za mrożone filety, jedząc czarniaka zamiast dorsza. Aż do gry wkroczył Tomasz Strzelczyk: z pozoru sympatyczny kucharz z YouTube'a, w rzeczywistości bezlitosny pogromca kulinarnych oszustw, na którego widok bledną właściciele nadmorskich biznesów. Kim jest twórca kanału „Oddaszfartucha” i jak zmienił krajobraz polskiej gastronomii?
Od wózka widłowego w Danii, przez MasterChefa, aż na szczyt YouTube'a
Dziś jego kanał na YouTubie śledzi ponad półtora miliona osób, a na Facebooku licznik dobił do imponujących 2,5 miliona obserwujących. Tomasz Strzelczyk jest kulinarnym gigantem polskiego internetu, choć, co ciekawe, zawodowo z gastronomią wcześniej nie miał nic wspólnego.
Przez ponad 20 lat mieszkał w Danii, gdzie imał się różnych prac. Obsługiwał piły w tartaku, jeździł wózkiem widłowym, aż w końcu został greenkeeperem, czyli osobą odpowiedzialną za utrzymanie muraw na polach golfowych i boiskach sportowych. Przełom nastąpił, gdy zgłosił się do czwartej edycji programu kulinarnego „MasterChef”.
Dotarł aż do finałowej piątki, zyskując potężną sympatię widzów, jednak programu nie wygrał. Jak się okazało, wcale nie musiał. Po powrocie na ekrany (tym razem te internetowe) założył kanał „Tomasz Strzelczyk ODDASZFARTUCHA”. Początki były trudne. Strzelczyk bał się, że wiek po czterdziestce będzie w internecie barierą. Okazało się, że autentyczność, brak nadęcia i proste, domowe przepisy to dokładnie to, czego szukali Polacy. Sukces kanału przypieczętował wydaniem czterech bestsellerowych książek kulinarnych.
Smażalnie na celowniku. Jak Strzelczyk zdemaskował patologie
Wraz ze wzrostem popularności kanału Strzelczyk poszerzył swój repertuar. Obok gotowania w domowym zaciszu ruszył w teren, by testować polską gastronomię. Szybko okazało się, że najmroczniejsze rzeczy dzieją się właśnie nad polskim morzem.
Serię weryfikującą smażalnie ryb zapoczątkował głośny film z ubiegłego roku o „Wędzarni u Grubego” w Międzyzdrojach, lokalu, który brylował na TikToku. Strzelczyk bezlitośnie obnażył, że podawana tam ryba „tonie w tłuszczu” i jest odgrzewana w mikrofalówce, a kolor łososia z szaszłyka budził poważne obawy o świeżość. Film wywołał trzęsienie ziemi, interwencję samego właściciela (który zarzucał youtuberowi nagonkę) oraz odwiedziny innego popularnego twórcy, Książula.
Czarniak i plamiak udają dorsza. „Oddaszfartucha” uczy nas patrzeć na talerz
Jednak to nie tłuszcz, lecz podmiana gatunków okazała się największym problemem nadbałtyckich lokali. Tomasz Strzelczyk regularnie zamawiał najdroższego w karcie dorsza, a na talerzu lądowały znacznie tańsze ryby: plamiak lub czarniak. Zwykły turysta nie poznałby różnicy, ale Strzelczyk pokazywał prosto do kamery czarną linię wzdłuż grzbietu czy inną strukturę mięsa i udowadniał oszustwo.
Konfrontacje z obsługą bywały kuriozalne. Pracownicy często wykręcali się niewiedzą i wrzucali wszystkie ryby dorszowate do jednego worka, choć dla biznesu była to oszczędność rzędu połowy ceny za kilogram.
Co przerażające, problem wcale nie jest wyolbrzymiony na potrzeby YouTube'a. Potwierdziły to oficjalne wyniki kontroli Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Podczas tegorocznej weryfikacji 50 lokali serwujących ryby nieprawidłowości wykryto w blisko 76% z nich, a ogromna część dotyczyła właśnie podmiany gatunku: tańsza ryba sprzedawana była jako droższa!
Gdy restaurator sam pada ofiarą
Działalność Strzelczyka ma jednak szerszy wymiar. Okazuje się, że oszustwa na talerzu to często wina... nieuczciwych hurtowników. W jednym ze swoich filmów youtuber pokazał historię smażalni, której właściciel sam poprosił go o weryfikację. Jak się okazało, na fakturze od dostawcy widniał „filet z dorsza”, a w rzeczywistości do lokalu trafiał o połowę tańszy plamiak. Nagranie z ukrytej kamery, na którym restaurator konfrontuje dostawcę, pokazało, że podmiany gatunków to czasem skomplikowany, hurtowy łańcuch oszustw.
Miejscownik radzi: uczmy się od najlepszych
Tomasz Strzelczyk zrobił dla polskich turystów więcej niż niejedna inspekcja. Choć niektórzy zarzucają mu szukanie sensacji, jego praca buduje naszą świadomość jako konsumentów. Zanim na tegorocznych wakacjach znów zapłacicie kilkadziesiąt złotych za „świeżego dorsza”, zastanówcie się chwilę i przyjrzyjcie się temu, co macie na talerzu.
Drugą rzecz możecie sprawdzić jeszcze zanim usiądziecie do stolika: zajrzyjcie na mapę Miejscownika i zobaczcie, czy wybrany lokal nie dolicza do rachunku opłaty serwisowej i co zgłaszali w nim inni goście. Ryba na talerzu to jedno, pozycje na paragonie to drugie. Nad morzem w sezonie warto patrzeć na oba.
A jeśli jesteście restauratorami, miejcie się na baczności. Bo nigdy nie wiecie, kiedy sympatyczny pan przed pięćdziesiątką wyjmie z kieszeni kamerę i obnaży wasze wpadki przed dwumilionową publicznością!
Przeczytaj też: Czy najlepszy dorsz i śledziobuła w Łebie to mit? Tomasz Strzelczyk wkracza do akcji →