Polskie morze, sezon w pełni, a wraz z nim powracający jak bumerang dylemat: gdzie zjeść świeżą, dobrą rybę i nie zbankrutować? Do Łeby z kulinarną inspekcją zawitał Tomasz Strzelczyk, uwielbiany przez tysiące Polaków twórca kanału „Oddaszfartucha”. Czy popularne nadmorskie lokale sprostały podniebieniu szefa kuchni? Były spektakularne wtopy, zaskoczenia i spotkanie z prawdziwą legendą.

Urlop nad polskim morzem bez zjedzenia ryby to jak wyjazd w góry bez zdobycia choćby najmniejszego szczytu. Z roku na rok turyści są jednak coraz bardziej świadomi i wymagający. Kiedyś wystarczyła ryba obsypana mąką i wrzucona na głęboki tłuszcz, dziś szukamy jakości, uczciwości na talerzu i adekwatnej ceny. O to, czy Łeba potrafi sprostać tym wymaganiom, postanowił zapytać popularny youtuber Tomasz Strzelczyk. Po jego najnowszym filmie łatwiej zdecydować, gdzie usiąść, a które miejsca odpuścić.

Tomasz Strzelczyk Oddaszfartucha w Łebie recenzuje restauracje

„ŚLEDŹ NASz”, czyli rozczarowanie ukryte w konspiracji

Testowanie zaczęło się od popularnego na TikToku miejsca, restauracji „ŚLEDŹ NASz”. Lokal znany jest z pięknych, wręcz instagramowych kadrów wielkich schabowych i perfekcyjnie usmażonych ryb. Aby uniknąć tzw. „efektu VIP-a”, Strzelczyk wysłał kolegę, by ten incognito zamówił jedzenie na wynos, a sam zamówił te same potrawy na miejscu.

Wnioski były niestety bolesne. O ile porcje na wynos i te podane na miejscu nie różniły się od siebie (co jest plusem: brak faworyzowania), o tyle jakość pozostawiała wiele do życzenia. Dorsz okazał się mocno zmrożony i niedoprawiony, frytki smakowały „jak faworki” (prawdopodobnie przez rzadko zmienianą fryturę), a zupy, pomidorowa i rybna (obie za 20 zł), ugotowane były na jednym wywarze. Różniły się jedynie „wkładką”. Najgorzej wypadł jednak rosół, który jeden z gości skwitował jako „wodę”.

Od redakcji: to klasyczny problem nadmorskiej gastronomii ery social mediów. Lokale świetnie radzą sobie z marketingiem na TikToku czy Instagramie, tworząc złudzenie jakości. Prawdziwa weryfikacja następuje jednak na talerzu turysty, który zapłacił pełną stawkę. Dlatego nie warto ślepo ufać viralowym filmikom; lepiej szukać miejsc z polecenia, w których rotacja towaru (szczególnie ryb) jest duża.

Siesta Bar. „Najlepszy dorsz nad morzem”? Ryzykowne hasło, które... się obroniło!

Następnym punktem na mapie był „Siesta Bar”. Przed wejściem obsługa śmiało zachwalała, że serwuje „najlepszego dorsza nad morzem”. Taka deklaracja przy recenzencie to spore ryzyko. Tomek zamówił jeden zestaw: najlepszego dorsza z ziemniakami i surówką, za 43 złote, czyli jak na nadmorskie standardy bardzo uczciwie.

Oczekiwanie trwało blisko pół godziny, ale było warto. Ryba okazała się świeżym, bałtyckim dorszem (prawdopodobnie z przyłowu, niemrożonym!). Mięso było jędrne, soczyste, idealnie przyprawione, a panierka chrupiąca i nienasiąknięta tłuszczem. Jak stwierdził sam recenzent w porównaniu do poprzedniego lokalu:

W porównaniu z tym ŚLEDŹ NASz to w ogóle jest bez porównania. Tu czuję rybę, dobrą rybę, świeżą rybę. (...) Wygrywają. To jest pychota.
Świeży, bałtycki dorsz w restauracji Siesta Bar w Łebie

Przebój sezonu: śledziobuła!

Będąc w Łebie, Tomasz Strzelczyk nie mógł ominąć punktu oferującego tzw. „śledziobułę” (kierując się w stronę „Smaków Łeby”). To fast food rodem z Niemiec (Bismarckhering / Fischbrötchen), który na polskim wybrzeżu zyskuje coraz większą popularność. Za 26 złotych Strzelczyk otrzymał ciepłą, chrupiącą bułkę wypełnioną śledziem w marynacie słodko-winnej, czerwoną cebulą, papryką i sosem.

„Rewelacja! To jest najlepszy posiłek w Łebie w tej chwili”, skwitował youtuber, nie szczędząc pochwał również świetnie doprawionemu tatarowi ze śledzia w tym samym miejscu. Sekret okazał się prosty: właściciel, inspirując się niemieckimi klasykami, postawił na autorskie dodatki (np. karmelizowaną cebulę) i bardzo wysoką jakość ryby.

Legenda Łeby, czyli wędzarnia u Mieci

Film kończy się wzruszającym powrotem. Rok temu Tomasz Strzelczyk odwiedził „Wędzarnię u Mieci”, niepozorny kiosk, w którym starsza pani z ogromną pasją wędzi ryby. Wideo stało się hitem, a pani Miecia lokalną gwiazdą, do której ustawiają się gigantyczne kolejki.

Tym razem udało im się spotkać na chwilę. Słowa pani Mieci chwytają za serce:

Zabierz mi to, to umrę. Wędzenie daje mi życie.

wyznała, wspominając ciężką walkę z chorobą nowotworową. W sezonowym biznesie nastawionym na szybki utarg takie rzemiosło i serce do ludzi to rzadkość.

Tomasz Strzelczyk Oddaszfartucha spotyka się z Panią Miecią w Łebie

Podsumowanie Miejscownika: co warto wiedzieć, jadąc do Łeby?

Film Tomasza Strzelczyka utwierdza w przekonaniu, że bałtycka gastronomia to wciąż sinusoida. Z jednej strony mamy drogie „gotowce”, mrożonki udające świeżą rybę i zupy lane z jednego kotła pod różnymi nazwami. Z drugiej strony perełki: świeży bałtycki dorsz za 43 zł, śledziobuła z pomysłem czy tradycyjne wędzenie u pani Mieci.

Nasza rada: zanim zamówicie obiad, przyjrzyjcie się potrawom innych gości. Zapytajcie kelnera, czy ryba pochodzi z mrożenia, czy z dzisiejszego połowu. A przede wszystkim wspierajcie miejsca prowadzone z pasją. Łeba potrafi smakować wybornie, trzeba tylko wiedzieć, gdzie zejść z głównego, wydeptanego przez tłumy szlaku.

I jeszcze jedno, zanim usiądziecie do stolika: zajrzyjcie na mapę Miejscownika. Sprawdzicie na niej, czy wybrany lokal nie dolicza do rachunku opłaty serwisowej i co zgłaszali w nim inni goście. W sezonie, nad morzem, taka minuta sprawdzania potrafi oszczędzić niemiłej niespodzianki przy płaceniu.

Przeczytaj też: Koszmar za 5000 zł za dobę? Książulo ewakuuje się z Hotelu Gołębiewski w Pobierowie →

Obejrzyj pełny materiał z Łeby

Źródło: Oddaszfartucha / YouTube

Link skopiowany!